Przejdź do artykułu
2022-06-24 | Wymiana doświadczeń

Kowal zawinił, a Cygana powiesili

Przeciętnemu obywatelowi kodeks karny nie kojarzy się zbyt dobrze. A jednak są takie dziedziny prawa, przy których kodeks karny okazuje się miłą i przyjemną lekturą. Jedną z takich dziedzin jest prawo celne.

Why? For money!

Kodeks karny zawiera bardzo mądre uregulowania dotyczące karania winnych. Art. 53 § 1 wskazuje, iż „sąd wymierza karę według swojego uznania, w granicach przewidzianych przez ustawę, bacząc, by jej dolegliwość nie przekraczała stopnia winy, uwzględniając stopień społecznej szkodliwości czynu oraz biorąc pod uwagę cele zapobiegawcze i wychowawcze, które ma osiągnąć w stosunku do skazanego (…)”. O tym, że nie należy karać niewinnych kodeks karny nie wspomina – jest to rzecz tak oczywista, że nikomu nie przyszło do głowy, że trzeba to gdzieś zapisać.

Tymczasem prawo celne dopuszcza sytuacje, w których osoba niewinna może ponosić konsekwencje błędów, zaniedbań oraz przestępstw, których dopuściły się inne osoby. A wszystkiemu przyświeca szczytna idea wyciągnięcia z kieszeni przedsiębiorców jak największej ilości gotówki.

Kij i marchewka

Unia Europejska prowadzi wobec innych krajów politykę celną kija i marchewki. Marchewkę stanowią preferencyjne lub obniżone stawki celne, przypisane do konkretnych towarów, pochodzących z konkretnych krajów: takich, które zawarły z UE umowy o wolnym handlu lub tych, które znajdują się w grupie krajów najbiedniejszych i najmniej rozwiniętych. Rolę kija pełnią przede wszystkim cła antydumpingowe, nakładane na określone towary z niektórych krajów (a niekiedy, sprzedawane przez określonych eksporterów), których ceny Unia Europejska uzna w swej nieskończonej mądrości za zbyt niskie. Uderzenie takim kijem bywa bardzo bolesne, ponieważ cła antydumpingowe są z reguły znacznie wyższe niż standardowe stawki celne, a ich wysokość może nawet przekraczać wartość towaru. Tym właśnie kijem Unia Europejska okłada z lubością głównie Chiny, Indie oraz – w pewnym uproszczeniu kraje Dalekiego Wschodu (poza Japonią i Koreą Południową).

Zarówno z perspektywy kija, jak i marchewki, kluczowe jest prawidłowe określenie i udokumentowanie pochodzenia towaru: tak, aby móc ocenić, czy może on skorzystać z preferencyjnej stawki celnej, jeśli mówimy o marchewce, lub, czy nie podlega przypadkiem pod cła antydumpingowe, jeśli nie chcemy oberwać kijem. Podstawowym narzędziem dokumentowania pochodzenia towaru jest zaś świadectwo pochodzenia, który to dokument można w różnych krajach uzyskać bądź to od miejscowych organów celnych, bądź od właściwych organizacji samorządu gospodarczego, czyli izb przemysłowo-handlowych (w Polsce akurat można skorzystać z obu opcji). Oczywiście świadectw pochodzenia nie wydaje się ot tak, na harcerskie słowo honoru eksportera. Organ wystawiający świadectwo powinien zweryfikować pochodzenie towaru, opierając się na odpowiedniej dokumentacji, dostarczonej przez eksportera.  Prawidłowo sporządzone i zalegalizowane świadectwo posiada walor dokumentu urzędowego. Przypomnijmy jeszcze, że – jak się potem okaże, wszędzie poza prawem celnym – uznaje się, że „dokumenty urzędowe, sporządzone w przepisanej formie przez powołane do tego organy władzy publicznej i inne organy państwowe w zakresie ich działania, stanowią dowód tego, co zostało
w nich urzędowo zaświadczone” (art. 244 k.p.c.).

Im więcej praw, tym więcej przestępców

Sytuacja, w której ten sam towar, w zależności od jego pochodzenia, jest obłożony drastycznie zróżnicowanymi stawkami cła musi prowadzić do patologii. Eksporterzy z Dalekiego Wschodu liczyć umieją, w związku z czym szybko policzyli, że nawet wydłużenie drogi eksportowanego towaru w taki sposób, aby zahaczył on o jakiś kraj, w stosunku, do którego nie nałożono ceł antydumpingowych, jest dla nich opłacalne. Szybko pojawił się zatem schemat, w którym towar wyprodukowany w Chinach był wywożony do innego kraju (np. Kambodży, Tajlandii, Tajwanu), gdzie otrzymywał nową tożsamość i już jako towar rzekomo pochodzący z owego „kraju tranzytu” trafiał finalnie do UE. Całemu procederowi patronowali zaś (zapewne nie pro bono) dobrotliwi funkcjonariusze miejscowych służb celnych lub izb przemysłowo-handlowych, usłużnie wystawiający odpowiednie świadectwa pochodzenia.

Śledztwo prowadzi OLAF

Za skrótem OLAF kryje się utworzony w 1999 r.Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych  Jego celem jest zwalczanie korupcji, nadużyć budżetu Unii, przemytu oraz innych nieprawidłowości.

Uwagę OLAF bardzo szybko przykuł fakt, że niektóre niewielkie i nieprzesadnie rozwinięte gospodarczo kraje stały się nagle znaczącymi eksporterami dóbr, na które Unia Europejska nałożyła cła antydumpingowe w stosunku do towarów chińskich. W efekcie przeprowadzonego śledztwa jasne stało się, że świadectwa pochodzenia są nagminnie wyłudzane – tzn. nie są one podrabiane, natomiast organy je wydające poświadczają w nich nieprawdę. Organy celne krajów UE otrzymały od OLAF nazwy konkretnych firm, uczestniczących w tym procederze, aby móc odpowiednio reagować.

Gdzie drwa rąbią…

Intencją OLAF nie było jedynie powstrzymanie zaistniałych nieprawidłowości i wyeliminowanie możliwości ich wystąpienia w przyszłości. Owa szacowna instytucja dostrzegła w zaistniałej sytuacji większy potencjał – okazję do wyrwania dodatkowych pieniędzy od Bogu ducha winnych importerów z tytułu odpraw dokonanych w latach ubiegłych. W dniu 10.07.2020 r. OLAF wystosował do polskich organów celnych stanowcze pismo, domagające się „podjęcia działań mających na celu odzyskanie 863.833 EUR” (doceńmy precyzję wyliczeń !), w związku z obchodzeniem ceł antydumpingowych. Polska administracja celna ochoczo podjęła wyzwanie, w efekcie czego, liczni importerzy, którzy przywieźli 3 lata temu np. rowery z Tajwanu, otrzymują obecnie miłe pismo od Naczelnika właściwego Urzędu Celno-Skarbowego, który informuje ich, że „mają prawo do bycia wysłuchanym” (art. 22 ust. 6 UKC), co jest w prawie celnym odpowiednikiem „ostatniego słowa”, do jakiego ma prawo skazaniec przed egzekucją – wypowiedź nie będzie mieć żadnego wpływu na jej wykonanie, ale można się pożalić czy ponarzekać. A jak już sobie ponarzekamy, to otrzymamy z UCS decyzję nakazującą nam dopłacić kilkaset tysięcy złotych,  wraz z odsetkami liczonymi od czasu odprawy celnej.

Lasciate ogni speranza…

Importer zwykle nawet nie wie, że jego dni są już policzone. W obecnym stanie prawnym organy celne nie informują delikwenta o wszczęciu postępowania, nie ma on – tak jak ma to miejsce w postępowaniu podatkowym – prawa do uczestniczenia w postępowaniu na każdym jego etapie. Dostaje pismo o prawie do bycia wysłuchanym, co oznacza, że decyzja, która zdemoluje jego finanse, a być może doprowadzi do upadłości jego firmę, jest już gotowa i czeka tylko na podpis. Fakt, że importer jest Bogu ducha winny i został tak samo oszukany przez swojego kontrahenta, jak i organy celne, nie ma najmniejszego znaczenia. Jedyną możliwością uniknięcia zapłaty cła jest oparcie się na tzw. „zasadzie słuszności” (art. 120 UKC). Sęk w tym, że w całej historii unijnego cła nie było chyba jeszcze ani jednego przypadku, aby organ celny zwolnił dłużnika z obowiązku zapłaty na tej podstawie.

A w jaki sposób ustrzec się takich sytuacji ? Nie sądzę, żeby organy celne, albo i sam OLAF, mogły tu coś doradzić. Na pewno nie ma sensu odwoływać się do sądów powszechnych, gdyż orzekają one w myśl zasady, że „urząd ma zawsze rację” (np. wyrok NSA sygn. I GSK153/20 z dnia 18.06.2020 r.).

Osobom, które nie przepadają za stresem i niepewnością można co najwyżej doradzić, żeby w ogóle zrezygnowały z importu towarów, które potencjalnie mogą być objęte cłami antydumpingowymi, ewentualnie, żeby w ogóle przerzuciły się na bardziej bezpieczne formy działalności gospodarczej. Oczywiście nie zawadzi też od czasu do czasu pomodlić się na intencję, abyśmy trafiali w swoim życiu wyłącznie na uczciwych kontrahentów.

Chińczyk, Anglik – dwa bratanki

Niestety, na podobnej bombie zegarowej mogą też siedzieć liczni importerzy towarów z Wielkiej Brytanii. Zgodnie z obowiązującą umową o wolnym handlu, towary brytyjskie korzystają z zerowej stawki celnej przy imporcie do UE, pod warunkiem, że są to towary posiadające brytyjskie pochodzenie, w celnym rozumieniu tego określenia. Wiele wskazuje jednak na to, że brytyjscy eksporterzy nieprzesadnie zawracali sobie głowę ustalaniem, czy ich towary spełniają odpowiednie kryteria, czy nie, ochoczo i bez żadnej refleksji podpisując odpowiednie deklaracje pochodzenia. Polscy celnicy, dokonując rewizji, nieraz przecierali oczy ze zdumienia, widząc na „towarach brytyjskiego pochodzenia” napisy „made in China”. Organy celne niewątpliwie będą weryfikować znaczną część zgłoszeń celnych dotyczących towarów importowanych z Wielkiej Brytanii po brexicie i zapewne niejeden importer niemile się zdziwi koniecznością zapłaty cła według stawek „erga omnes”, wraz z należnymi odsetkami.

Pięć lat niepewności

Warto pamiętać, iż zgodnie z art 103 ust. 1 UKC, o długu celnym można powiadomić dłużnika w okresie trzech lat od dnia jego powstania. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że po 3 latach można już spać spokojnie. Kolejne ustępy wprowadzają bowiem furtki pozwalające na wydłużanie tego okresu. Ustęp 2 art. 103 mówi, iż „w przypadku gdy dług celny powstał w wyniku czynu, który w czasie popełnienia podlegał sądowemu postępowaniu karnemu, okres trzech lat przewidziany w ust. 1 przedłuża się minimalnie do pięciu a maksymalnie do dziesięciu lat zgodnie z prawem krajowym”; w Polsce, zgodnie z art. 56 ustawy Prawo Celne, w takim przypadku dłużnika można powiadomić o długu celnym w terminie do 5 lat od daty jego powstania. Nie jest przy tym wcale tak, iż
o „zaistnieniu czynu, który w czasie popełnienia podlegał sądowemu postępowaniu karnemu”, muszą świadczyć jakieś obiektywne przesłanki, w rodzaju wyroku sądowego, czy choćby postępowania prokuratorskiego lub karno-skarbowego. Zarówno polski Naczelny Sąd Administracyjny, jak i Europejski Trybunał Sprawiedliwości, w swoim orzecznictwie przyznają organom celnym zupełną dowolność w decydowaniu czy dług celny powstał
w wyniku czynu, który w czasie popełnienia podlegał sądowemu postępowaniu karnemu, czy też w jakichś innych okolicznościach. Największe kuriozum znajdziemy zaś w wyroku wydanym w dniu 18.06.2020 r. (I GSK 153/20),
w którym NSA stwierdził, że dłużnik nie musi wcale być sprawcą owego przestępstwa - wystarczy po prostu, że to przestępstwo zostało gdzieś przez kogoś popełnione, choćby i w innym kraju.

Ślepa sprawiedliwość?

Od wielu już lat, polski przedsiębiorca jest dla organów celnych zwierzyną łowną (aczkolwiek, zwierzyna łowna korzysta jednak z okresów ochronnych, podczas gdy sezon polowań na przedsiębiorców trwa cały rok). Interes społeczny tych prześladowań można kwestionować, niełatwo obronić twierdzenie, że „dobry przedsiębiorca to martwy przedsiębiorca”, ale nikt w KAS nie zawraca sobie głowy tego typu myśleniem. Ostatecznie, jak mówi prawnicza maksyma, kategorie dobra i zła należą do moralności, a nie do wymiaru sprawiedliwości.

Piotr Sienkiewicz, Dyrektor Zarządzający Rusak Business Services

Zobacz także

GLS zastosuje cyfrowe rozwiązania typu last-mile
UE opracowała „Zielony Ład”. Cel: zerowa emisja CO2
Jak poradzić sobie z najpoważniejszym kryzysem?
Historycznie niski stan pustostanów pod koniec marca
REKLAMA

Zapisz się do naszego newslettera

Więcej na temat

Czym różnią się: agent celny, broker celny i deklarant
Unijny Kodeks Celny – jeden dokument, różna interpretacja
Celnicy nie robią wyjątków - nawet wojnie
Czemu agenci celni starają się unikać "czasówek"?

Nasze czasopisma

top logistyk 2020
mid 20202
Logo KAIZEN rgb
 

Aktualności

Biblioteka Tekstów